To jest dość nietypowy raport, bo dotyczy bardzo ciekawego epizodu w ośrodku buddyzmu tybetańskiego.
Stoję na zewnątrz przy stupie-piecu, Geshe dosypuje z pojemnika jedzenie do ognia. Czuję napływającą do mnie moc, wypełnia mnie, prostuję się, rosnę, rozkładam skrzydła. Geshe dosypuje jedzenie do ognia. Zamykam oczy, widzę oczami umysłu pojawiające się i wyłaniające spod ziemi cienie-duchy. To są bardziej duchy przyrody, na pewno nie są ludzkie. Wyglądają jak ciemne pasma dymu, jak liście aloesu ze spiczastymi końcówkami, wiją się i poruszają jak dym czy wodorosty. Cieszą się, że Geshe ich karmi, są nasycone, czekają na to. Przychodzą tylko na to jedzenie. Stoją w kółku dookoła pieca i nas, ale nie wyczuwam ich za sobą, bo tam mam rozłożone skrzydła. Wzlatuję ponad moją głowę, oglądam scenę z góry. Wylatuję ponad las, szybki strzał ponad atmosferę Ziemi i powrót. Wyobrażam sobie powierzchnię gruntu jako szklaną taflę, skaczę w dół w głąb Ziemi, oglądam wszystko od spodu. Duchy-dymy wychodzą spod tafli, są wokół mnie. Wracam do ciała.
