Krąg pierwszy (nr 5).
Podchodzę do kamiennego kręgu, siadam na ławce. Odczuwam euforię, przepływającą pozytywną energię, czuję ciarki i zimno na szyi i plecach. Natychmiast łączę się z kręgiem, widzę ludzi: mężczyzn i kobiet w jasnych szatach, nikt nie jest uzbrojony. To jest całe plemię w liczbie 200 osób, stoją w wydłużonym kole czy łańcuchu dookoła kamieni. Zadaję pytanie, czy są chętni leczyć, oni potakują. Całe zgromadzenie jest skupione na wspólnym celu, dobru ogółu. Wchodzę do środka kręgu, na kamieniach leżą świeże wota ofiarne: kłosy zbóż, grzyby i jagody. Bardzo dobrze się tu czuję.
Oficjalna nazwa kręgu, którą przeczytam później na mapie: Krąg Spotkań.

Wchodzimy na teren pustelni, okrążamy kościół z zewnątrz, ja wchodzę do środka, robię zdjęcia. Niczym specjalnym się nie wyróżnia, standardowa sztuka kościelna, niedawno odświeżona.
To jest dość nietypowy raport, bo dotyczy bardzo ciekawego epizodu w ośrodku buddyzmu tybetańskiego.
